Nagle świat, w którym byłam zniknął. Poczułam jak wraca czucie. Łapczywie i gwałtownie zaczerpnęłam powietrza. Poczułam jak ktoś mnie przytula. Otworzyłam oczy... Fulbur mnie tulił...
- Kochanie... - powiedziałam słabym głosem...
Pocałował mnie i jeszcze mocniej mnie przytulił.Trwaliśmy tak z dobre kilka minut. Nagle poczułam krew. Spojrzałam na Fulbura. To co zobaczyłam przeraziło mnie.
- Fulbur! Ty krwawisz! - krzyknęłam panicznie i szybko wstałam...
Fulbur chciał mnie powstrzymać, lecz mu się to nie udało... Po mimo bólu głowy udało mi się go obandażować. Położyłam go na łóżku.
- Skąd masz te rany? I jak to się stało, że żyję? - spytałam się go
Wszystko mi wyjaśnił. Co usłyszałam zszokowało mnie... Z moich oczu poleciały łzy...
- Neytiri co się stało? - spytał zdenerwowany Fulbur
- To moja wina... Przeze mnie zawarłeś ten pakt.. powinnam nie żyć! - krzyczałam zrozpaczona.
Fulbur natychmiast mnie przytulił. Rozpłakałam się jak dziecko, które uderzyło się o coś. To przeze mnie zawarł ten pakt.
- Przestań.. - powiedział Fulbur
Wtuliłam się w niego, bałam się tego co może się stać za te siedem nocy... Robiłam się senna, mój ukochany ułożył mnie na łożu i sam się położył koło mnie tuląc mnie do siebie. Szybko zasnęłam, a chwile później Fulbur zasnął. Nastał następny dzień. Obudziłam się i rozejrzałam obok mnie leżał Fulbur. Uśmiechnęłam się do niego i pocałowałam go w czoło. Obudził się z uśmiechem na twarzy.
- Witaj - rzekł do mnie
- Witaj... - odpowiedziałam i się mocno przytuliłam do niego...
<Fulbur?>
Mount Olympus
sobota, 14 czerwca 2014
poniedziałek, 26 maja 2014
Od Fulbura - pakt
Nie!
To nie może być prawda! Ona nie może umrzeć! Nie może! - powtarzałem sobie w myślach, wciąż i wciąż, tuląc martwe, bezwładne ciało ukochanej. Płakałem, a moje łzy wyparowywały w elektrycznej burzy wokół mojego ciała.
Nie mogłem się z tym pogodzić, nie mogłem pozwolić jej tak odejść.
- Moja ukochana - wyszeptałem kładąc ją na łożu i otulając, jakby tylko spała.
Przeniosłem się do wielkiej biblioteki. Tam schowana była wiedza wszystkiego co rozumne. Sam Chaos pisał pierwsze ze spoczywających tu ksiąg.
Szukałem długo. Czegokolwiek. Zacząłem się już poddawać, gdy ujrzałem kątem oka księgę w czarnej oprawie. cuchnęła krwią.
"Narodziny pierwszych bogów" - taki tytuł odczytałem, wypisany krwią na skórze do złudzenia przypominającej ludzką.
Przeglądałem stronice zapisane zakrzepłą posoką. Znalazłem tam to czego szukałem. Znalazłem to jak można wskrzesić dowolną istotę.
Wróciłem do swej świątyni. Wyjąłem sztylet i na przedramieniu wyciąłem we własnym ciele znaki, które ujrzałem w księdze. Moja krew plamiła pościel i ciało mojej ukochanej.
Rozciąłem znaki, głęboko, tak, że bluznęła krew. Poczułem ogarniającą mnie słabość, a wkrótce wir energii.
- A więc dobić targu chce piorun pośród nawałnicy - usłyszałem. Spojrzałem na stworzenie i choć próbowałem to nie mogłem określić jego kształtu. Był wysoki i wydawał się kościsty, ale jego czarne szaty łopotały na nieistniejącym tu wietrze tak, że jego sylwetka zamazywała się i zmieniała, jego twarz skryta była w kapturze, który czasami sam zdawał się być twarzą o pusty oczodołach, bez nosa i ust.
- Tak... Pragnę życia ukochanej.
- A co jesteś w stanie za to oddać? - spytało stworzenie.
- Czego tylko żądasz - jęknąłem.
- Hojny jest piorun - wycharczał. - Dasz mi to, co utkane pośród burzy. Przybędę po to, za siedem księżyców. A ty dasz mi to. W przeciwnym razie oboje was skarzę na wieczne męki - jego peleryna rozwarła się ukazując wykrzywione bólem twarze.
- Dobrze... Tylko mi ją oddaj - poprosiłem.
Istota zaśmiała się i zniknęła, a Neytiri zaczerpnęła gwałtownie powietrza. Przytuliłem ja mocno, czując jak słabnę.
<Neytiri?>
To nie może być prawda! Ona nie może umrzeć! Nie może! - powtarzałem sobie w myślach, wciąż i wciąż, tuląc martwe, bezwładne ciało ukochanej. Płakałem, a moje łzy wyparowywały w elektrycznej burzy wokół mojego ciała.
Nie mogłem się z tym pogodzić, nie mogłem pozwolić jej tak odejść.
- Moja ukochana - wyszeptałem kładąc ją na łożu i otulając, jakby tylko spała.
Przeniosłem się do wielkiej biblioteki. Tam schowana była wiedza wszystkiego co rozumne. Sam Chaos pisał pierwsze ze spoczywających tu ksiąg.
Szukałem długo. Czegokolwiek. Zacząłem się już poddawać, gdy ujrzałem kątem oka księgę w czarnej oprawie. cuchnęła krwią.
"Narodziny pierwszych bogów" - taki tytuł odczytałem, wypisany krwią na skórze do złudzenia przypominającej ludzką.
Przeglądałem stronice zapisane zakrzepłą posoką. Znalazłem tam to czego szukałem. Znalazłem to jak można wskrzesić dowolną istotę.
Wróciłem do swej świątyni. Wyjąłem sztylet i na przedramieniu wyciąłem we własnym ciele znaki, które ujrzałem w księdze. Moja krew plamiła pościel i ciało mojej ukochanej.
Rozciąłem znaki, głęboko, tak, że bluznęła krew. Poczułem ogarniającą mnie słabość, a wkrótce wir energii.
- A więc dobić targu chce piorun pośród nawałnicy - usłyszałem. Spojrzałem na stworzenie i choć próbowałem to nie mogłem określić jego kształtu. Był wysoki i wydawał się kościsty, ale jego czarne szaty łopotały na nieistniejącym tu wietrze tak, że jego sylwetka zamazywała się i zmieniała, jego twarz skryta była w kapturze, który czasami sam zdawał się być twarzą o pusty oczodołach, bez nosa i ust.
- Tak... Pragnę życia ukochanej.
- A co jesteś w stanie za to oddać? - spytało stworzenie.
- Czego tylko żądasz - jęknąłem.
- Hojny jest piorun - wycharczał. - Dasz mi to, co utkane pośród burzy. Przybędę po to, za siedem księżyców. A ty dasz mi to. W przeciwnym razie oboje was skarzę na wieczne męki - jego peleryna rozwarła się ukazując wykrzywione bólem twarze.
- Dobrze... Tylko mi ją oddaj - poprosiłem.
Istota zaśmiała się i zniknęła, a Neytiri zaczerpnęła gwałtownie powietrza. Przytuliłem ja mocno, czując jak słabnę.
<Neytiri?>
niedziela, 25 maja 2014
Od Neytiri - wątpliwości
Jedynie co pamiętam to jak Fulbur wziął mnie na ręce, potem ciemność i strach... W mojej podświadomości powstawały różne myśli. Nie, nie nie! Znowu zaczęłam drżeć. Poczułam jak ktoś ściska moją dłoń. To nie może być prawda! Kłamiesz! W mojej podświadomości powstawały nadal różne myśli związane z tym co powiedział Teylen. Nagle zapadała całkowita pustka. Tak... jakby nic nie istniało, błoga cisza. Czy to jest śmierć?Poczułam jak ktoś mną potrząsa i krzyczy
- Neytiri! Nie odchodź!- to był głos Fulbura, tak jego głos, który był załamany i przerażony, ale dlaczego?
I po chwili mocne światło oślepiło mnie. Leżałam na trawie, nieprzytomna... Otrząsnęłam się z tego. Uniosłam się i rozejrzałam. Nie byłam w Zaświatach ani w świątyni Fulbura. To było całkowite inne miejsce, ale wyglądało znajomo. Zawiał przyjemny wiatr. Uśmiechnęłam się.
- Czy ja... nie żyje? - spytałam sama nie wiem kogo...
Fulbur... Och nie! Nie mogłam mu tego zrobić, ale było nie miałam pojęcia jak wrócić. Ktoś się zjawił, odwróciłam się w stronę nieznajomego
- Gdzie jestem? - spytałam się go
- Tak, gdzie wszyscy bogowie trafiają po śmierci. - odpowiedział
Czyli umarłam?
-Ja...- z moich oczu zaczęły płynąć łzy
Pokiwał głową na potwierdzenie. Byłam przerażona. Dlaczego?
- Jak mogę wrócić? - spytałam roztrzęsiona
- Przykro, ale nie można wrócić. Twoje życie się skończyło....
- Nie! Kłamiesz! Na pewno jest sposób! - krzyczałam
Rozpłakałam się jak dziecko. Nie mogłam zostawić Fulbura... Musiałam do niego wrócić.... Nagle krajobraz się zmienił...Wszędzie były martwe ciała.. Stał koło mnie ta sama osoba co wcześniej...
- Tak kończyli ci którzy chcieli wrócić
Byłam przerażona tym co zobaczyłam, ale myśl, że zostawię ukochanego napawała mnie większym bólem. Znowu znaleźliśmy się w tym miejscu co poprzednio....
- Naprawdę nie ma jakiegoś sposobu? - spytałam tracąc nadzieję.
Spojrzał na mnie i się zamyślił...
- Jest, ale tylko osoba, którą kochasz i ona ciebie jest w stanie cię uratować, ale nie wiem w jaki sposób
Spojrzałam na niego. Właśnie, ale jak to powiedzieć Fulburowi. Nic nie mogłam mu przekazać. Byłam bezsilna i to mnie najbardziej przerażało. Znowu płakałam. Sprawiłam tyle bólu mu, że może.... nie powinnam wracać? Tak, to będzie najlepszy sposób, żeby nie sprawiać mu bólu i cierpienia......
<Fulbur? Skapniesz się? I czy pozwolisz na odejście mi na zawsze?XD>
- Neytiri! Nie odchodź!- to był głos Fulbura, tak jego głos, który był załamany i przerażony, ale dlaczego?
I po chwili mocne światło oślepiło mnie. Leżałam na trawie, nieprzytomna... Otrząsnęłam się z tego. Uniosłam się i rozejrzałam. Nie byłam w Zaświatach ani w świątyni Fulbura. To było całkowite inne miejsce, ale wyglądało znajomo. Zawiał przyjemny wiatr. Uśmiechnęłam się.
- Czy ja... nie żyje? - spytałam sama nie wiem kogo...
Fulbur... Och nie! Nie mogłam mu tego zrobić, ale było nie miałam pojęcia jak wrócić. Ktoś się zjawił, odwróciłam się w stronę nieznajomego
- Gdzie jestem? - spytałam się go
- Tak, gdzie wszyscy bogowie trafiają po śmierci. - odpowiedział
Czyli umarłam?
-Ja...- z moich oczu zaczęły płynąć łzy
Pokiwał głową na potwierdzenie. Byłam przerażona. Dlaczego?
- Jak mogę wrócić? - spytałam roztrzęsiona
- Przykro, ale nie można wrócić. Twoje życie się skończyło....
- Nie! Kłamiesz! Na pewno jest sposób! - krzyczałam
Rozpłakałam się jak dziecko. Nie mogłam zostawić Fulbura... Musiałam do niego wrócić.... Nagle krajobraz się zmienił...Wszędzie były martwe ciała.. Stał koło mnie ta sama osoba co wcześniej...
- Tak kończyli ci którzy chcieli wrócić
Byłam przerażona tym co zobaczyłam, ale myśl, że zostawię ukochanego napawała mnie większym bólem. Znowu znaleźliśmy się w tym miejscu co poprzednio....
- Naprawdę nie ma jakiegoś sposobu? - spytałam tracąc nadzieję.
Spojrzał na mnie i się zamyślił...
- Jest, ale tylko osoba, którą kochasz i ona ciebie jest w stanie cię uratować, ale nie wiem w jaki sposób
Spojrzałam na niego. Właśnie, ale jak to powiedzieć Fulburowi. Nic nie mogłam mu przekazać. Byłam bezsilna i to mnie najbardziej przerażało. Znowu płakałam. Sprawiłam tyle bólu mu, że może.... nie powinnam wracać? Tak, to będzie najlepszy sposób, żeby nie sprawiać mu bólu i cierpienia......
<Fulbur? Skapniesz się? I czy pozwolisz na odejście mi na zawsze?XD>
Od Fulbura - bóg piorunów
Neytiri nie wracała długo. Jak dla mnie zdecydowanie za długo. Zacząłem więc szukać jej. Spoglądałem z nieba, pytałem innych. nic. Ślad wszelki po niej zaginął.
Po raz tysięczny, zdenerwowany i zrozpaczony przemierzałem ziemię. Wszystko na czym stanęły moje stopy paliło się i skręcało rażone piorunami nie opuszczającymi od ponad doby powierzchni mej skóry.
- Uspokój się proszę - wołał ktoś. Jakiś bóg, który ubolewał nad losem istot, które nie zdążyły zejść z mej drogi. Ale ja nie słuchałem. Tylko jedna myśl błądziła w mej głowie. Chciałem znaleźć ukochaną.
Wyczułem strach i ciemność. Jeden z mrocznych bożków uciekał przede mną panicznie. Jego strach był czymś więcej niż strachem, jaki mógł wzbudzić zdenerwowany bóg. On coś wiedział. Skoczyłem w jego stronę i złapałem go. moja moc szalała raniąc go.
- Wiesz gdzie jest Naytiri? - spytałem
- N-nie... - wyjąkał. Kłamał.
Uderzyłem go. Tłukłem jak zwierzę dotąd, aż zaczął skomleć i płakać.
- Zabrali ją... - wycharczał.
- KTO!? - ryknąłem.
- Teylen i Rifatusirian.
- Co?!
Nie mogłem w to uwierzyć. Co te parszywe poczwary chciały od mojej ukochanej!?
- Otwórz mi przejście do podziemi - rozkazałem.
- N-nie mogę... Jeśli cię tam w puszczę zabiją mnie.
- Ja ci zrobię coś gorszego jeśli nie otworzysz wrót w tej chwili!
Widziałem strach w jego oczach.
Bożek zrobił to czego chciałem i po chwili byłem już w podziemiach szukając śladu Naytiri. Znalazłem i popędziłem za jej aurą.
Gdy z hukiem otworzyłem drzwi komnaty stanąłem jak wryty, ale moja moc buchnęła z siłą jakiej sam w sobie nie znałem. Teylen stał nad Naytiri z mieczem w dłoni. Rzuciłem się w jego stronę. Złapałem mocno jego ciało, które targały spazmy. Przepuściłem przez niego swoją moc, całą moc piorunów. Stałem tak dziko wpatrując się w jego twarz dopóki nie stanęła w płomieniach i nie spopieliła się.
Odrzuciłem ciało i ukląkłem przy ukochanej. Uniosłem ją delikatnie i przeniosłem nas do domu. Do mojej świątyni. Ułożyłem ją w łożu. Cała moja złość opadła. Delikatnie głaskałem jej czoło i ściskałem jej dłoń. Jej ciało leczyło się,a le za wolno jak dla mnie...
<Neytiri?>
Po raz tysięczny, zdenerwowany i zrozpaczony przemierzałem ziemię. Wszystko na czym stanęły moje stopy paliło się i skręcało rażone piorunami nie opuszczającymi od ponad doby powierzchni mej skóry.
- Uspokój się proszę - wołał ktoś. Jakiś bóg, który ubolewał nad losem istot, które nie zdążyły zejść z mej drogi. Ale ja nie słuchałem. Tylko jedna myśl błądziła w mej głowie. Chciałem znaleźć ukochaną.
Wyczułem strach i ciemność. Jeden z mrocznych bożków uciekał przede mną panicznie. Jego strach był czymś więcej niż strachem, jaki mógł wzbudzić zdenerwowany bóg. On coś wiedział. Skoczyłem w jego stronę i złapałem go. moja moc szalała raniąc go.
- Wiesz gdzie jest Naytiri? - spytałem
- N-nie... - wyjąkał. Kłamał.
Uderzyłem go. Tłukłem jak zwierzę dotąd, aż zaczął skomleć i płakać.
- Zabrali ją... - wycharczał.
- KTO!? - ryknąłem.
- Teylen i Rifatusirian.
- Co?!
Nie mogłem w to uwierzyć. Co te parszywe poczwary chciały od mojej ukochanej!?
- Otwórz mi przejście do podziemi - rozkazałem.
- N-nie mogę... Jeśli cię tam w puszczę zabiją mnie.
- Ja ci zrobię coś gorszego jeśli nie otworzysz wrót w tej chwili!
Widziałem strach w jego oczach.
Bożek zrobił to czego chciałem i po chwili byłem już w podziemiach szukając śladu Naytiri. Znalazłem i popędziłem za jej aurą.
Gdy z hukiem otworzyłem drzwi komnaty stanąłem jak wryty, ale moja moc buchnęła z siłą jakiej sam w sobie nie znałem. Teylen stał nad Naytiri z mieczem w dłoni. Rzuciłem się w jego stronę. Złapałem mocno jego ciało, które targały spazmy. Przepuściłem przez niego swoją moc, całą moc piorunów. Stałem tak dziko wpatrując się w jego twarz dopóki nie stanęła w płomieniach i nie spopieliła się.
Odrzuciłem ciało i ukląkłem przy ukochanej. Uniosłem ją delikatnie i przeniosłem nas do domu. Do mojej świątyni. Ułożyłem ją w łożu. Cała moja złość opadła. Delikatnie głaskałem jej czoło i ściskałem jej dłoń. Jej ciało leczyło się,a le za wolno jak dla mnie...
<Neytiri?>
sobota, 24 maja 2014
Od Nehariki
Chamstwo Etriell'a było okropne. Jak nie chciał mieć dzieci to nie powinien uwodzić innych. Postanowiłam, że pogadam o tym Cavi. Jej służąca zaprowadziła mnie do niej
- Hej...
Usiadłyśmy i rozmawiałyśmy o tym co zrobimy z tym fantem. Dosyć długo rozmyślałyśmy o tym, lecz jak na razie żadna z nas nie wpadła na pomysł co z tym zrobić. Poszłyśmy się przejść. Szliśmy w milczeniu. Nadal nie miałyśmy pomysłu co zrobić. Po dwóch godzinach wróciliśmy do świątyni Cavinian. Trudno będzie się uporać z tym....
- Musimy coś zrobić! - krzyknęłam
- Wiem. - odparła Cavi
Nastała znowu cisza między nami. Żadnej z nas nie dawało to spokoju. Trzeba było dać nauczkę Etriell'owi. Ale jaką? No właśnie jaką. Cały czas próbowałyśmy coś wymyślić, ale klapa wychodziła z tego. Denerwowała to nas. Zjadłyśmy coś, podczas rozmowy nasze Cavi wpadła na pomysł jakiś
- Wpadłam na pomysł! - krzyknęła
- Jaki? - zaciekawiłam się
Cavinian rzekła.
-...
<Cavi, jaki to był pomysł?>
- Hej...
Usiadłyśmy i rozmawiałyśmy o tym co zrobimy z tym fantem. Dosyć długo rozmyślałyśmy o tym, lecz jak na razie żadna z nas nie wpadła na pomysł co z tym zrobić. Poszłyśmy się przejść. Szliśmy w milczeniu. Nadal nie miałyśmy pomysłu co zrobić. Po dwóch godzinach wróciliśmy do świątyni Cavinian. Trudno będzie się uporać z tym....
- Musimy coś zrobić! - krzyknęłam
- Wiem. - odparła Cavi
Nastała znowu cisza między nami. Żadnej z nas nie dawało to spokoju. Trzeba było dać nauczkę Etriell'owi. Ale jaką? No właśnie jaką. Cały czas próbowałyśmy coś wymyślić, ale klapa wychodziła z tego. Denerwowała to nas. Zjadłyśmy coś, podczas rozmowy nasze Cavi wpadła na pomysł jakiś
- Wpadłam na pomysł! - krzyknęła
- Jaki? - zaciekawiłam się
Cavinian rzekła.
-...
<Cavi, jaki to był pomysł?>
Od Neytiri - niemożliwe...
Jęknęłam, kiedy jego dłonie znalazły się między moimi udami. Wtuliłam się w niego.
- Witaj... - wyjąkałam do niego.
Pocałował mnie namiętnie, odwzajemniłam pocałunek. Uśmiechnął się do mnie. Usiedliśmy przytuleni do siebie. Siedzieliśmy tak z dobre parę godzin. Robiło się już ciemno. Fulbur wziął mnie na ręce i zaniósł na łóżko i położył się na mnie. Przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam zachłannie. Roześmiał się na to. Zdjął ze mnie ubranie, a ja z niego. Leżeliśmy nadzy. Fulbur całował mnie, schodząc coraz niżej. Pieścił moje ciało, w końcu wszedł we mnie. Jęknęłam dźwięcznie, kochaliśmy się długo i namiętnie. Następnego dnia obudziłam się pierwsza. Wstałam delikatnie, żeby nie obudzić Fulbura. Ubrałam się i zeszłam na ziemie. Spacerowałam sobie po lesie. Byłam szczęśliwa. Miałam nadzieję, że moje życie z Fulburem się ułoży i będzie szczęśliwe. Po paru godzinach poczułam okropny ból głowy. Czyjeś myśli to spowodowały. Nagle ktoś pojawił się za mną. Wystraszyłam się, chciałam się szybko odsunąć od niego, ale mnie mocno złapał za rękę.
- Oj, nie uciekniesz mi Neytiri - rzekł nieznajomy
- Kim jesteś? - spytałam się go
- Mhm...ojciec Ci o mnie nie mówił. Jestem Teylen. Twoja rodzina zabiła moją. - wyjaśnił
To co usłyszałam wstrząsnęło mną.
- To..to niemożliwe.. kłamiesz! - krzyknęłam do niego
Próbowałam się wyrwać, wyciągnął miecz
- Teraz zginiesz - powiedział.
Wystraszyłam się. Nie miałam pojęcia co zrobić, kiedy ktoś się zjawił, ale nie był to Fulbur. Tylko Rifatusirian, władca podziemia. Czego on tutaj chciał? Teylen złapał mnie tak, że nie mogłam się ruszyć. Byłam wystraszona. Rifatus złapał mnie za podbródek i uniósł moją twarz, tak żebym spojrzała na niego.
- Nie zabijaj jej Teylen. Wiem, że przysiągłeś śmierć tej rodzinie, ale może lepiej ją zniewolić i zrobić, żeby była twoją służącą - rzekł władca podziemi
Teylen nie był zachwycony tym. Chciał coś powiedzieć, ale Rifatus mu przerwał.
- W Zaświatach porozmawiamy, bo jej ukochany może się zjawić w każdej chwili.
Teylen się zgodził na to, choć niechętnie. Zabrali mnie do Zaświatów. Wrzucili mnie do lochów, a Teylen zaczął dyskutować co zrobić ze mną z władcą podziemi. Rifatus kazał mnie przenieść do najniższych lochów, gdzie panował tylko mrok. Próbowałam się wyrwać,ale na próżno. Siedziałam już w lochach, wokół mnie panował tylko i wyłącznie mrok. Nic nie widziałam. Rozmyślałam nad moim położeniem. Było ono makabryczne. Rozpłakałam się. Dlaczego to się dzieje? Czy to możliwe, że moja rodzina zabiła jego? Nagle drzwi od mojej celi się odtworzyły. Stanął w nich Rifatusirian.
- Zdecydowano, że zostaniesz żoną Teylena. - powiedział ze spokojem. - Pojutrze macie ślub.
I wyszedł. CO?! Byłam zszokowana tą wiadomością. Nie chciałam za tego kłamce wychodzić! Miałam dwa dni do tego przymuszonego ślubu. Co robić? Byłam całkowicie bezradna w tej sytuacji. Moje zdanie się w ogóle nie liczyło. Usłyszałam kroki byli to służący Rifatusa. Skuli mi ręce i gdzieś prowadzili. Wrzucili mnie do kolejnych lochów, ale szczęście było w tym, że nie było tu mroku. Zmusili mnie do wypicia czegoś, po czym szybko i głęboko spałam. Wyglądałam jak bym nie żyła.
Przespałam tak z dwa dni. Obudziłam się, w mojej celi stał władca podziemi i Teylen.
- Niestety ślubu nie będzie - rzekł wrednie.
- No i dobrze. Cieszę się z tego powodu. - powiedziałam chłodno.
Pozłościło go to, więc złapał mnie za włosy i pociągnął do góry. Zabolało mnie to. Powlókł mnie aż do głównej sali. Rzucił mną o jakiś filar. Z mojego czoła płynęła krew. Kopnął mnie w brzuch. Poznęcał się nade mną tak, że byłam w strasznym stanie. Drżałam, przystawił mi swój miecz pod gardło. Już miał mnie zabić,lecz przez coś zranił mnie w bok. Syknęłam z bólu i złapałam się za bok, z którego sączyła się krew,a on już szykował się do kolejnego ataku....
<Fulbur? Jak mnie znalazłeś? I co robiłeś od czasu mojego zniknięcia, przez te 3 dni? I jak się dowiedziałeś, gdzie jestem oraz jak się dostałeś? XD>
- Witaj... - wyjąkałam do niego.
Pocałował mnie namiętnie, odwzajemniłam pocałunek. Uśmiechnął się do mnie. Usiedliśmy przytuleni do siebie. Siedzieliśmy tak z dobre parę godzin. Robiło się już ciemno. Fulbur wziął mnie na ręce i zaniósł na łóżko i położył się na mnie. Przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam zachłannie. Roześmiał się na to. Zdjął ze mnie ubranie, a ja z niego. Leżeliśmy nadzy. Fulbur całował mnie, schodząc coraz niżej. Pieścił moje ciało, w końcu wszedł we mnie. Jęknęłam dźwięcznie, kochaliśmy się długo i namiętnie. Następnego dnia obudziłam się pierwsza. Wstałam delikatnie, żeby nie obudzić Fulbura. Ubrałam się i zeszłam na ziemie. Spacerowałam sobie po lesie. Byłam szczęśliwa. Miałam nadzieję, że moje życie z Fulburem się ułoży i będzie szczęśliwe. Po paru godzinach poczułam okropny ból głowy. Czyjeś myśli to spowodowały. Nagle ktoś pojawił się za mną. Wystraszyłam się, chciałam się szybko odsunąć od niego, ale mnie mocno złapał za rękę.
- Oj, nie uciekniesz mi Neytiri - rzekł nieznajomy
- Kim jesteś? - spytałam się go
- Mhm...ojciec Ci o mnie nie mówił. Jestem Teylen. Twoja rodzina zabiła moją. - wyjaśnił
To co usłyszałam wstrząsnęło mną.
- To..to niemożliwe.. kłamiesz! - krzyknęłam do niego
Próbowałam się wyrwać, wyciągnął miecz
- Teraz zginiesz - powiedział.
Wystraszyłam się. Nie miałam pojęcia co zrobić, kiedy ktoś się zjawił, ale nie był to Fulbur. Tylko Rifatusirian, władca podziemia. Czego on tutaj chciał? Teylen złapał mnie tak, że nie mogłam się ruszyć. Byłam wystraszona. Rifatus złapał mnie za podbródek i uniósł moją twarz, tak żebym spojrzała na niego.
- Nie zabijaj jej Teylen. Wiem, że przysiągłeś śmierć tej rodzinie, ale może lepiej ją zniewolić i zrobić, żeby była twoją służącą - rzekł władca podziemi
Teylen nie był zachwycony tym. Chciał coś powiedzieć, ale Rifatus mu przerwał.
- W Zaświatach porozmawiamy, bo jej ukochany może się zjawić w każdej chwili.
Teylen się zgodził na to, choć niechętnie. Zabrali mnie do Zaświatów. Wrzucili mnie do lochów, a Teylen zaczął dyskutować co zrobić ze mną z władcą podziemi. Rifatus kazał mnie przenieść do najniższych lochów, gdzie panował tylko mrok. Próbowałam się wyrwać,ale na próżno. Siedziałam już w lochach, wokół mnie panował tylko i wyłącznie mrok. Nic nie widziałam. Rozmyślałam nad moim położeniem. Było ono makabryczne. Rozpłakałam się. Dlaczego to się dzieje? Czy to możliwe, że moja rodzina zabiła jego? Nagle drzwi od mojej celi się odtworzyły. Stanął w nich Rifatusirian.
- Zdecydowano, że zostaniesz żoną Teylena. - powiedział ze spokojem. - Pojutrze macie ślub.
I wyszedł. CO?! Byłam zszokowana tą wiadomością. Nie chciałam za tego kłamce wychodzić! Miałam dwa dni do tego przymuszonego ślubu. Co robić? Byłam całkowicie bezradna w tej sytuacji. Moje zdanie się w ogóle nie liczyło. Usłyszałam kroki byli to służący Rifatusa. Skuli mi ręce i gdzieś prowadzili. Wrzucili mnie do kolejnych lochów, ale szczęście było w tym, że nie było tu mroku. Zmusili mnie do wypicia czegoś, po czym szybko i głęboko spałam. Wyglądałam jak bym nie żyła.
Przespałam tak z dwa dni. Obudziłam się, w mojej celi stał władca podziemi i Teylen.
- Niestety ślubu nie będzie - rzekł wrednie.
- No i dobrze. Cieszę się z tego powodu. - powiedziałam chłodno.
Pozłościło go to, więc złapał mnie za włosy i pociągnął do góry. Zabolało mnie to. Powlókł mnie aż do głównej sali. Rzucił mną o jakiś filar. Z mojego czoła płynęła krew. Kopnął mnie w brzuch. Poznęcał się nade mną tak, że byłam w strasznym stanie. Drżałam, przystawił mi swój miecz pod gardło. Już miał mnie zabić,lecz przez coś zranił mnie w bok. Syknęłam z bólu i złapałam się za bok, z którego sączyła się krew,a on już szykował się do kolejnego ataku....
<Fulbur? Jak mnie znalazłeś? I co robiłeś od czasu mojego zniknięcia, przez te 3 dni? I jak się dowiedziałeś, gdzie jestem oraz jak się dostałeś? XD>
środa, 14 maja 2014
Od Fulbura - witaj
Szalałem wśród chmur, rozpętując burzę, bijąc ziemię i wszystko co było na niej piorunami. Przez moje ciało przechodziły spazmy mieszających się ze sobą emocji i odczuć.
Kiedy moje wnętrze wypaliło się w gniewie, a pozostał spokój spłynąłem do swojej podniebnej świątyni. Powoli i ostrożnie wszedłem do budynku. Wydawał się pusty, przeszedłem na balkon. Siedziała tam moja ukochana. Szata spływała po jej idealnym ciele, odkrywając ramiona. Siedziała pochylona, jej kształtne nogi zwisały w dół, ku przepaści, a ona sama spoglądała na ludzi, którzy z tej wysokości byli jak ziarnka piasku.
Podszedłem do niej ostrożnie, chicho i zanim zdążyła zareagować przyciągnąłem ją do siebie.
- Witaj - wymruczałem całując ją w kark, następnie w ucho. Moje dłonie zsunęły się między jej uda.
Pragnąłem jej. Jak z resztą zawsze gdy tylko na nią spojrzałem.
<Naytiri?>
Kiedy moje wnętrze wypaliło się w gniewie, a pozostał spokój spłynąłem do swojej podniebnej świątyni. Powoli i ostrożnie wszedłem do budynku. Wydawał się pusty, przeszedłem na balkon. Siedziała tam moja ukochana. Szata spływała po jej idealnym ciele, odkrywając ramiona. Siedziała pochylona, jej kształtne nogi zwisały w dół, ku przepaści, a ona sama spoglądała na ludzi, którzy z tej wysokości byli jak ziarnka piasku.
Podszedłem do niej ostrożnie, chicho i zanim zdążyła zareagować przyciągnąłem ją do siebie.
- Witaj - wymruczałem całując ją w kark, następnie w ucho. Moje dłonie zsunęły się między jej uda.
Pragnąłem jej. Jak z resztą zawsze gdy tylko na nią spojrzałem.
<Naytiri?>
Subskrybuj:
Posty (Atom)