Spędzanie czasu z Neytiri było czymś dla mnie naprawdę przyjemnym. Było w niej wiele ciepła, radości, ale także upragnionego przeze mnie spokoju. Dobrze się przy niej czułem, a mimo to część mnie wciąż była pogrążona w chaosie. Wciąż pragnęła wznieść się, hulać pośród chmur burzowych, dać upust mocy, nawet jeśli oznaczało to zniszczenie.
Jako bóg piorunów byłem jednym z bogów chaosu. Moja moc nie miała ani początku, ani końca. Nie była poukładana i sam nie potrafiłem przewidzieć co zrobię gdy ją uwolnię. Owszem mogłem bić pierunami w konkretne miejsce, wywołać nawałnicę w danym miejscu, ale robiłem to rzadko. Byłem żywiołem, nieobliczalnym, nieuporządkowanym, chaotycznym, rządzącym się swoimi prawami.
Neytiri chyba to czuła, bo jej moc budziła się. Poczułem tknięcie jej umysłu w swoim, nie mogła odczytać jednak moich myśli, był w nich zbyt duży chaos, było coś czego ona pojąć nie umiała.
Bogini znów złapała się za głowę.
- To chyba moja wina - wyszeptałem.
- C-co? - spytała unosząc na mnie wzrok.
- To moje myśli cię męczą... - westchnąłem. nie chciałem sprawiać jej bólu. - Powinienem już iść. Miło było spędzić z tobą czas.
Wstałem, by odejść, zatrzymała mnie jednak.
<Neytiri?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz