Przeniosłem siebie i Cavinianę do swoich komnat. Tam przyciągnąłem ją mocno do siebie. Dźwięki granej na harfie i gęślach melodii rozbrzmiewały wokół nas. Prowadziłem boginię blisko siebie w tańcu. Nasze oddech mieszał się ze sobą. Moja moc powoli zaczęła się budzić. Powoli rozgrzewała ciało Cavi od środka, powodując, że na jej policzki wypłynął rumieniec, a jej oddech rwał się.
Porwałem w dłoń puchar, w którym znajdowało się ledwie kilka kropel czerwonej, słodkiej mikstury. Wychyliłem kielich wlewając jego zawartość do swych ust, po czym pospiesznie złączyłem wargi z boginką, w namiętnym pocałunku. Nasz pocałunek smakował miodem i smoczą krwią.
Poprowadziłem Cavinianę ku łożu, nie odrywając przy tym ust od niej. Jedno mgnienie myśli wystarczyło i oboje leżeliśmy na miękkich, jedwabnych poduszkach, nadzy i rozpaleni. Moje usta i dłonie wciąż potęgowały w niej ogień pożądania, sprawiając, że wiła się, drżała i pojękiwała. Wiedziałem, że była wciąż czysta. Eh... to aż dziwne, że udało jej się mi tak długo wymykać. Zawsze jednak miała jakąś wymówkę, zawsze znikała zanim zdążyłem ją mocniej do siebie przyciągnąć, a teraz była cała moja.
Nie mogłem już dłużej czekać. Szybko wszedłem w nią, łącząc nasze ciała, pozbawiając ją niewinności, sprawiając, że z dziewczynki stała się kobietą. Jej głuchy krzyk przeszywający powietrze był dla mnie najpiękniejszą muzyką. Tak, całkiem oddać się przyjemności, oddać się uciesze ciała. Ogień i pot, rozkosz i ból, ciała i oddech, i nic więcej, żadnych myśli. Nic co mogłoby zmącić przyjemność.
Istotom boskim czas płynie inaczej. Jako istoty nieśmiertelne nie musimy liczyć dni. Jak przez mgłę zdawałem więc sobie sprawę z tego, że gdy nasze ciała wciąż wiły się w tańcu rozkoszy słońce zdążyło wstać i znów się skryć się za widnokręgiem.
To był powód tego, dlaczego jednak poszukiwanie uciech w ramionach boginek bardziej mi odpowiadało. Boskie ciała nie męczyły się, nie w taki sposób jak ludzkie. Biorąc sobie do swego łoża którąś ze swych śmiertelnych kochanek na tak długo z pewnością bym ją zabił.
Syty i zaspokojony poczułem się dopiero wtedy, gdy słońce znów stanęło na niebie. Po raz ostatni złączyłem usta z ustami Cavi, po czym odsunąłem się, na tyle jednak tylko, by położyć się i objąć ją. Cavinian wciąż jeszcze drżała i łapała spazmatycznie powietrze. Jej oczy wydawały się niewidzące. Uśmiechnąłem się promiennie i zaśmiałem na głos, po czym zasnąłem spokojnym snem, wciąż tuląc do siebie swą boską kochankę.
<Cavi? Jak mi tym razem napiszesz kilka zdań z musu, to ja dziękuję, ale odchodzę z bloga>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz